2k16 – filmowo o starym w nowym roku

Lekko śpóźnione, jak wszystko ostatnio w moim życiu, podsumowanie filmowego 2016 roku. Osobiście dla mnie odkryciem jest fakt, że wszystko co najciekawsze w moim życiu odbywało się obok lub po „kinie”, a nierzadko rzeczywistość doganiała fikcję. I tak się zdarza …

Spośród obejrzanych przeze mnie 59 tytułów, w tym 28 kinowych, próżno szukać takich, które mnie wbiły w fotel i w pełni zasługiwały na 10/10 w skali Filmwebu, of corpse;-)

  1. Wizyta w Muzeum Filmu w Teheranie Iran Cinema Museum – pokłosie moich jesiennych podróży po Kaukazie i Iranie. Irańska kinematografia od lat frapuje i zachwyca światowych miłośników filmów, a jak to wygląda z perspektywy ich samych? Świetna, rzetelnie przygotowana podróż od początkó kinematografii po współczesność oraz dwie sale, które dosłownie wbijają fotel: „ołtarzyki” dla każdego z wybitnych irańskich reżyserów z ekspozycją nagród, które przez lata zgromadzili (od niszowych azjatyckich festiwali po Cannes, Berlin czy San Sebastian)… jest dysydent Jafar Panahi, niestety nie ma, jeszcze, Asghara Farhadi.
  2. Andrzej Żuławski Kosmos – pożegnaliśmy dwóch Panów Andrzejów, ale tylko jeden zabawił się w Davida Bowie i nakręcił najlepszy swój film od wielu lat … pełno filmowych smaczków, gęstość i szaleństwo i do tego zmysłowa Victoria Guerra (zawieszona gdzieś pomiędzy Adjani a Marceau – odwiecznymi muzami Mistrza)
  3. Paul Verhoeven – Elle – „Nagi instynkt” spotyka Lacana i wychodzi nam z tego arcydzieło, z kolejną wybitną rolą Isabelle Huppert, która staje się wręcz ikoną „n-tej fali feminizmu”. Ten film jest jak maź, oblepia widza powoli i potem nie chce puścić z tego psychoanalitycznego uwiązania.
  4. Michał Rogalski – Letnie przesilenie – tutaj wszystko jest subtelne i spójne, historia wzięta w metaforę, tym mocniejsze wrażenie potem; świetne aktorstwo i bardzo dobry scenariusz i takiż Film 🙂
  5. Ken Loach – Ja, Daniel Blake – być człowiekiem/obywatelem nie mniej/nie więcej – ważny film o klasowej tożsamości i … Brexitcie.
  6. Jim Jarmusch – Paterson – kiedyś z niekrywanym zachwytem odkryłem ksiażeczkę Raymonda Queneau (guru ruchu OuLiPo) pt. „Ćwiczenia stylistyczne”, podobnie jak „Nieustające wakacje” filmowy debiut Jarmuscha – po latach dostajemy cudowny miks obu, zbiorek mikronaracji spiętych w pełnometrażową filmową uwerturę do codzienności.
  7. Tobias LindholmWojna – nie jest twoim stanem naturalnym czyli Nanghar Khel po duńsku, dlaczego my nie potrafimy o tym opowiedzieć?
  8. Tomasz Wasilewski – Zjednoczone stany miłości – Hommage à Kieslowski, film dobry i zaangażowany, choć poziomu desperacji „Krzyku”, „Kobiety samotnej” czy „Chce mi się wyć” nie-sposób już dziś osiągnąć. Warty uwagi za, chyba najlepsze po 1989, kobiece kreacje skumulowane w jednym filmie
  9. Petr Zelenka – Zagubieni – „subaltern can speak” postkolonialna kpina wymieszana z polityką historyczną po przedawkowaniu beherovki i knedlików – cudowne ❤
  10. Paolo Genovese – Dobrze się kłamie w dobrym towarzystwie – pędzimy bunuelowskim pendolino, potem braknie prądu, więc do stacji końcowej dopycha nas moralizująca drezyna „że tory były nie te” – wciąż jednak jest to film, który wzbudził we mnie największy wewnętrzny niepokój w 2016;)

To warto i należy podkreślić to rok 2016 był przede wszystkim rokiem polskiego kina – z przyjemnością oglądałem inne filmy jak: Moje córki krowy, Mów mi Marianna, Planeta singli, Wołyń oraz Jestem mordercą.

Serialowo rok 2016 rozbiło Stranger Things, ale również po polsku się trochę odnetflixowiło w pozytywnym tego słowa znaczeniu: Belfer oraz Artyści.

 

Reklamy

20:15 – filmowe i serialowe podsumowanie roku

A więc znów tradycyjne świąteczne lenistwo i związana z nim potrzeba napisania kilka punktów podsumowania mijającego roku. A więc kolejny rok bez wielkich festiwali filmowych i czy tematycznych serii filmowych „z kluczem” i „na ścianie”.

A więc w tle najlepszy soundtrack mijająego roku i zaczynamy filmową podróż …

  1. Ruben ÖstlundTurysta – baumanowski „turysta” brutalnie wciągnięty w wyrafinowany, bergmanowski świat małżeńskich kryzysów i piekła płci. Rzecz tyleż ponadczasowa co uwikłana w nasze „tu i teraz”, a piekło to inni … czy raczej wciąż my …
  2. Dennis VilleneuveSicario – rasowy dreszczowiec z niesamowitą przytłaczającą atmosferą i ponurą fantazją na pograniczu idealizmu, cynizmu i wyrafinowania z klimatyczną muzyką Johana Johanssona oraz zdjęciami Rogera Deakinsa. Jedyny tegoroczony film, który mnie dosłownie wbił fotel …
  3. Sebastian Schipper Victoria – od „Before Sunrise” przez ponurą trawestację „Bonnie & Clyde” po „Biegnij, Lola, biegnij” w jednym ujęciu – ogląda się doskonale!
  4. Damien SzifronDzikie historie – ponad dwie godziny testowania granic współczesnych frustracji i nerwic podlane idealnie zbalansowanym sosem ironii, czarnego humoru i makabreski …
  5. Matthew Warchus Dumni i wściekli aka PRIDE – Ken Loach może być dumny:-) „Unity is our strength!” i na plus doskonały brytyjski humor;-)
  6. Małgorzata Szumowska Body/Ciało – to zaskakująco dobry film, broniący się zarówno na poziomie mikro (epizod Dałkowskiej, parateatralne sceny warsztatów czy finałowy, metafizyczny „uśmiech”), jak i na poziomie makro (paralelnych, krzyżujących się ludzkich historii i dramatów). Przede wszystkim jest to świadectwo dojrzałości artystycznej Szumowskiej, która chyba po raz pierwszy nie musiała (nie chciała?) odzwierciedlać swoich personalnych frustracji, fantazji i terapeutyzować ich na ekranie. Po prostu zrobiła bardzo dobry film moralnego niepokoju, zakorzeniony w polskim tu i teraz, ale mówiący zaskakująco europejskim językiem … Warszawa, ironia & śmiech w bikini.
  7. Damien ChazelleWhiplash – „cały ten zgiełk” niesiony fenomenalną rolą J.K. Simmonsa oraz niesamowitą muzyką jazzową. Mając w pamięci pana Leszka z Blue Note i nocne maratony perkusyjne film ten okazał się mi bliższy niż kiedykolwiek …
  8. George MillerMad Max: Fury Road – skłamałbym, że byłem fanem serii z lat 80., ale ta wersja niesie ze sobą cudowny melanż cyberpunka, post-apokaliptycznych wizji z wyraźnym feministycznym przesłaniem. To jest wizja, którą się akceptuje w całości albo odrzuca, ja wybrałem to pierwsze i … dobrze mi z tym.
  9. Jurij BykowDureń – reżyser proponuje nam subtelną, rosyjską wersję kina moralnego niepokoju, typowego everymana, który zderza się ze skorumponwanym  systemem, broniąc „sprawy”. W takt muzyki Wiktora Coja ruszamy w tę nocną podróż, bynajmniej w stronę spokojnego i cichego snu …
  10. Magnus von HornIntruz – kolejne potwierdzenie tego, że najciekawsze jest penetrowanie granic, tutaj nie tylko polsko-szwedzkich, ale przede wszystkim granic społeczeństwa i zderzania sloganów o tolerancji z brutalną rzeczywistością szwedzkiej prowinicji. Uniwersalna opowieść o próbie odkupienia, powrocie i „milczeniu” … tutaj nie tylko bóg milczy, tutaj milcząc zgadzamy się na przemoc, tutaj milcząc ambiwalentnie przyzwalamy na przemoc … Może nie tak dobry jak „Polowanie” Vinterberga, ale jakby bliższy nam wszystkim i warty obejrzenia …

Tuż za „nagrodzonymi” wyróżnienie należy się Inarritu za Birdmana czyli nieoczekiwane pożytki z niewiedzy; Eastwoodowi za Snajpera oraz Łukaszewiczowi za Karbalę.

Czasy się zmieniają, więc trzeba też przyjrzeć się obejrzanym w minionym roku serialom:

  1. Happy Valley – brytyjska prowincja i dostojewszczyzna najwyższej próby, tutaj niewinne pragnienie, małe zaniechanie czy grzech przeszłości przeradzając się w metafizyczny dramat jednostek uwikłanych  w powikłane ludzkie losy. Doskonały psychologiczny kryminał w zamkniętym 6-odcinkowym formacie.
  2. Fargo – wariacja na temat pamiętnego filmu Braci Coen. Tutaj znów śniegi Minnessoty, w których błądzi fenomalny w tej roli Billy Bob Thornton.
  3. Broadchurch SE 02 – pierwszy sezon prezentował niezłą, wciągającą historię zabójstwa chłopca i jej wpływu na społeczności prowincjonalnej miejscowości. Drugi sezon ulega rozbiciu na dwa paralelne wątki: trzymający w napięciu dramat sądowy w roli sequela, a drugi to jakby prequel.

Tutaj miejsce na dwa seriale, które zapowiadały się na fenomenalnie, a skończyły li tylko jako dobre z grymasem lekkiego zażenowania, że tak można zepsuć doskonały pomysł:

Mr. Robot – dwa kroki od wybitności, AŻ dwa kroki. Haker-outsider bierze udział w antykapitalistycznym spisku, do tego sporo geekowych; nienachalnego lewactwa i antykonsumpcjonizmu, a i nawet wątek dla bergmanowsko-jungowskiej persony się znalazł … i cóż z tego skoro całość rozczarowała …

Fortitude – mieszanka brytyjskiej i skandynawskiej szkoły melancholijnego kryminału psychologicznego podlana carpenterowskim sosem a’la „The Thing” w spitsbergenowym krajobrazie … do połowy sezonu atmosfera się zagęszcza, wątki się zapętlając, wikłając widza w niekonwencjonalną grę pozorów, a potem … no cóż … na 3-4 odcinki przed finałem atmosfera siada, a scenarzysta i reżyser próbują rozsupłać te pętle ze szkodą dla dramaturgii, ale przede wszystkim dla widza. Aha, ten film to Stanley Tucci, on i tylko on …

 

 

Kategorie:Filmy, Podsumowania

Biedny Polak patrzy na „Obce niebo”

… „husaria spod Kircholmu z wdziękiem słonia na pointach” takie było moje pierwsze wrażenie po obejrzenia najnowszego filmu Dariusza Gajewskiego, nieszczęśliwie dla niego tuż po seansie, na swój sposób wybitnego, Intruza w reżyserii Magnusa von Horna, ale po kolei …

… punkt wyjścia to historia imigrantów z Polski, którym, pod „rzekomo błahym” powodem, wszechwładna administracja socjalna (jugendamt, barnevernet, etc) państwa dobrobytu „uprowadza” dziecko. O wszechwładzytychże pisało się wiele i to nie tylko w kontekście Polaków czy Litwinów, ale też chociażby Danii, jak w fenomenalnym Polowaniu Vinterberga.

Innymi słowy mamy ważny problem społeczny, do tego gorący temat emigracji zarobkowej i iście kafkowską sytuację jednostka vs wszechwładny system, ale … nie tak szybko.

Gajewski zaczyna więc typowym portretem nietypowej rodziny na saksach: on – trenuje żeńską drużyną piłkarską, pragmatycznie próbujący się odnaleźć w nowej rzeczywistości, ona – jest masażystką, raczej niepracującą niż pracującą, do tego dość zestresowaną wyobcowaniem, jest jeszcze córka, która pełni rolę zwornika dla obu światów (polskiego i szwedzkiego) z uwagi na kompetencje językowe, co, jak się później dowiadujemy, w umiejętny sposób rozgrywa – notabene świetna rola.

Reżyser stara się zamarkować różnice kulturowe: zaproszenie „wybranych” dzieci na urodziny córki; kamera z „pogardą” obserwująca czarnoskórych sąsiadów, kłócących się na balkonie; przyjaciela Ukraińca (w sumie czemu nie, np. Litwina? – postaci kluczowej dla finału historii) i polskiego adwokata, który wyemigrował w stanie wojennym i odmawia przyjęcia sprawy, przytaczając historię przysposobionych dzieci gwałconych przez ojca zastępczego … uff, uff …, i żeby nie było, ojciec zastępczy też przedstawiony jest jako „czarny” charakter – z jednej strony javisst, javisst, ale w mordę dać potrafi a i sztucerem pogrozi, a do tego ten obrzydliwe designerski dom w lesie … a więc martyrologia polskiej rodziny, której zły system zabiera dziecko, a źli i obrzydliwe bogaci Szwedzi zasłaniają się procedurami i sztucerem …

A można było inaczej, składniej, zamiast pseudothrillera o walce o odzyskanie córki, skupić się na perspektywie córki, nad której głową zaczyna się dziwna wojna „dla jej dobra” i próby zdekonstruowania „dobrotliwej polityki” wobec dzieci, a także podkreślenie tego, że rodzice zastępczy (też cierpiący z powodu utraty córki, która prawdopodobnie utonęła) pragną szczęścia i miłości, a ów urząd daje im „fałszywą” nadzieją … banalne? Ależ nie, tylko nieco bardziej subtelne, stawiające więcej pytań, niuansujące potencjalne odpowiedzi, ukazujące słabości wszystkich stron dramatu … a tak tylko pozostaje szelest husarii w Volvo 240, nawet jeśli mamy w pamięci świetny film Dejczera sprzed ćwierć wieku …

Film: Obce niebo

Reżyseria: Dariusz Gajewski

Ocena: 5/10 (jak nie wiesz, co to „fika”, to dodaj +1 pkt)

PS. A jeśli już mam stanąć po któreś ze stron to zacytuję ten artykuł: „Lepszy nadgorliwy system niż żaden”.

Kategorie:Filmy, Recenzje

Ponowoczesne sceny z życia małżeńskiego – o „Force Majeure” Rubena Östlunda

„Turysta opuszcza dom w poszukiwaniu wrażeń. Wrażenia, i opowie­ści o wrażeniach – oto jedyny łup, z jakim wraca, i jedyny na jakim mu zależy. (…) Turysta płaci, turysta wymaga. Stawia warunki. Może w każdej chwili odwrócić się plecami, jeśli uzna, że warunki nie zostały spełnione, lub że spełnia się je opieszale czy niedbale.

Tyle na początek Zygmunt Bauman o ponowoczesnej figurze „turysty” w „Dwóch szkicach o moralności”, który swoją duchową spuścizną czuwa nad przesłaniem filmu Östlunda. Baumanowski punkt wyjścia potwierdza słuszność użycia polskiego tytułu „Turysta” w miejsce oryginalnej trawestacji „siły wyższej”, bo nie o siłę zewnętrzną tu chodzi, lecz o immanentnie zakorzenione demony w każdym z nas, rozpływających się w ponowoczesnej magmie.

„Tyle wiemy o sobie ile nas sprawdzono” pisała onegdaj Wisława Szymborska i poniekąd takie „sprawdzam” dla rodziny, typowej dla ponowoczesnej klasy średniej proponuje Östlund, zamykając całość w nawias hanekowskiego horroru zwyczajności.

Turysta” proponuje wysmakowaną wiwisekcję współczesnego małżeństwa, w którym konflikt i dialog zapośredniczone zostają przez wysmakowany dyskurs konsumpcjonizmu, który zamiast emancypacji i transgresji proponuje quasi-konserwatywne zamknięcie. Odwrotnie niż u Bergmana, tutaj nie ma wyjścia z pętli zniewolenia, koszty są zbyt wysokie, a może współczesny „turysta” kompletnie zatracił zdolność do transgresyjnego wyzwolenia (?), pozostawiając porządek rzeczy nienaruszonym (finalna scena). Östlund sporo do powiedzenia ma też w kwestii „kryzysu męskości” (świetna scena w dyskotece), proponując różne konfiguracje i fantazje na temat figury nowoczesnego mężczyzny.

„Turyście” udaje się delikatnie, nieomalże niezauważalnie wsunąć sztylet w podbrzusze nowobogackiej klasy średniej, dając widzom perwersyjną przyjemność obserwacji tego swoistego laboratorium rozpadu idealnego świata „pokolenia IKEA” …

„… a piekło to my …”

10/10

Kategorie:Filmy, Recenzje

Gdy zabrakło Ojca Mateusza … czy coś więcej niż ziarno prawdy o „Ziarnie prawdy”

… jak pisać o kolejnym genialnym, wspaniałym, niezwykłym, wciągającym filmie, mieniącym się sławą nieomal arcydzieła? Czytając kolejne recenzje „od prawa do lewa”, zalewa mnie ten sam nic-niewnoszący recenzencki bełkot, tym bardziej, że każdy włada bronią recenzenta w postaci klawiatury i dostępu do sieci.

Zatem, mając świadomość, że statystycznie połowa społeczeństwa książek nie czyta, szerzy się analfabetyzm funkcjonalny, oglądając i słuchając jednocześnie jesteśmy w stanie skupić swoją uwagę na góra 5-6 minut i to przede wszystkim na aspektach wizualnych, mając dialogi czy scenariusz w głębokiej pogardzie … nie sposób poznać się na geniuszu współczesnych polskich twórców filmowych, na których nowatorstwie i geniuszu, malkontenci-recenzenci nie mogą się poznać… a więc do rzeczy czyli do ziarna …

Moje pierwsze wrażenie po obejrzeniu filmu Ziarno prawdy było „jak to możliwe, że reżyser, mając na koncie tak fenomenalny debiut jak Rewers wypluwa z siebie takiego gniota?”

Jak doskonale wiemy, film, bądź co bądź gatunkowy, rządzi się kilkoma żelaznymi regułami, dotyczącymi budowy scenariusza. Można oczywiście być bezczelnym post-post-awangardzistą w niszowym kinie autorskim, jednakże chcąc żerować w mejnstrimowym kinie rozrywkowym trzeba się ich trzymać: pierwsze 15 i ostatnie 15 minut; sensowne rozwinięcie z odpowiednio rozłożonymi akcentami-zwrotami akcji; protagonista; antagonista; drabinka scenariuszowa i … odrobina szczęścia, by to poskładać.

Nie da się ukryć, że rakowatą naroślą na polskim kinie jest podejście D.I.Y. wielu reżyserów ufnych w swój geniusz, piszących scenariusze i je reżyserujących zarazem, co zwykle nie kończy się dobrze, o czym dobitnie świadczy chociażby klęska Łukasza Barczyka i jego Hiszpanki.

Tam gdzie rola reżysera i scenarzysty są od siebie oddzielone udaje się nierzadko napisać i na ekranie obronić w miarę przyzwoitą narrację, dodam tylko przykład filmu Bogowie czy chociażby Fotograf, a już na pewno wspomniany Rewers.

Tak więc pomijam już fakt czy Lankosz jest wybitnym reżyserem, czy tylko w debiucie udało mu się nie spieprzyć świetnego scenariusza Andrzeja Barta. Tak czy siak jego współpraca z Zygmuntem Miłoszewskim budzi spore wątpliwości. Cóż, może Skype nie jest najlepszym medium do wspólnego pisania …

Niewątpliwie film ma kilka naprawdę mocnych argumentów: świetna (po raz wtóry) rola Roberta Więckiewicza w roli, balansującego na granicy czystego chamstwa, mizantropa i frustrata prokuratora Teodora Szackiego; muzyka Abla Korzeniowskiego, powikłane polsko-żydowskie dzieje i … Sandomierz, który, choć niewykorzystany, mógł się wyrwać spod słodko-pierdzącego emploi „Ojca Mateusza” …

… aż chciałoby się pochwalić operatora (sceny we mgle stylizowane na „Egzorcystę”) czy mięsiste dialogi o antyestabliszmentowym sznycie, które nawet by robiły wrażenie, gdyby nie fakt, że w wielu miejscach wklejone zostały w scenariusz na siłę, co po tym incydencie dziwić nie powinno.

Poza tym mamy szereg niedociągnięć, nielogiczności, szatkowania scenami, bohaterów, którzy pojawiają się znikąd i zaraz znikają, co sprawia wrażenie jakby zapomniano ten zlepek scen połączyć jakimi synapsami, że o kuriozalnej scenie z gasnącym silnikiem w pobliżu kirkutu nie wspomnę.

Fabuła, mimo wielu „pseudozabiegów”, wlecze się niemiłosiernie, co skutkuje kompletnym brakiem napięcia, widz powoli traci zainteresowanie śledztwem, kolejne epizody po nim spływają … nie jest w stanie tego zmienić, ani scena wyjaśniająca tło historii (kolejna deus ex machina) i zupełnie absurdalne, pozbawione emocji „rozwiązanie” zagadki czy też kompletne „wykolejenie całej historii” jak to określił jeden z recenzentów. A jak wiemy rozwiązanie zagadki to clou dobrego thrillera czy kryminału, co udało się chociażby we wspomnianym wyżej „Fotografie”.

Tak więc jeżeli wasi znajomi czy ulubieni recenzenci chwalą ten firm to wiedzcie, że coś jest nie tak z nimi lub z wami;-)

Bynajmniej „Ziarno prawdy” to awangardowe kino, które zmyślnie dekonstruuje żelazne reguły powieści detektywistycznej czy thrillera… Wprost przeciwnie to impertynencka próba pokazania rozbuchanego ego pisarza (niezłego skądinąd) i reżysera, któremu jak dotąd „udał się” tylko debiut.

4/10

PS. O zgrozo Pan Reżyser, jak wspomina w wywiadzie, skończył już pisać scenariusz do „Ciemno prawie noc” Joanny Bator. Wałbrzyskie kociary i pedofile już się boją, mając na względzie mój apel, by z tego misz-maszu przeróżnych wątków i postaci zrobić dobry serial, łudząc się, że to historia z potencjałem na nadwiślańskie „Forbrydelsen” czy „Fargo”.

Kategorie:Filmy, Recenzje

20:14

Tradycyjnie racząc się poświątecznym lenistwem pozostaje kilka chwil na spojrzenie wstecz na mijający rok i zmierzenie się z tym, co się zobaczyło, usłyszało czy też doświadczyło. Mając na uwadze, że rok do roku jest niepodobny, tym bardziej zauważalne jest, że ten ostatni był wyjątkowo … nierówny. Wprawdzie od początku było wiadomo, że błyszczeć będą Sorrentino i Linklater, to z pozostałymi wyborami było już trudniej, wyraźnie odstępowały od tej dwójki … Może poza filmem Cuarona, ale umieszczam go trochę przekornie, bo w ubiegłorocznym podsumowaniu się nie znalazł, bo go nie zdążyłem obejrzeć, po prostu.

1. Paolo SorrentinoWielkie piękno – brawurowa mieszanka sacrum z profanum z dezynwolturą godną samego mistrza Felliniego. Obecnie chyba nikt nie potrafi tak pięknie i okrutnie zarazem rozprawiać się z gnijącą bohemą artystyczną. Ponadczasowe kino do wielokrotnego oglądania.
2. Richard LinklaterBoyhood – genialny eksperyment, którego siła tkwi w jego prostocie. Jedna historia, kilku bohaterów i coroczne spotkania przez blisko 12 lat. „Prawda czasu prawda ekranu” z jednej strony, „samo życie” z drugiej …
3. Alfonso CuaronGrawitacja – można ten film trywializować, że to tylko fajerwerk nowoczesnej technologii i zręcznej zabawy w 3D, ale przyznam – siedziałem w kinie wbity w fotel … bo i to w tym chodziło … po głębie intelektualnego dyskursu to mogę sięgnąć do Kubricka.

4. Łukasz PalkowskiBogowie – nie byłoby tego filmu w takiej ironicznej tonacji, biorącej wielką historię w duży nawias, bez martyrologii, marmurów i przelewania krwi, gdyby nie 80 milionów W. Krzystka sprzed kilku lat. W międzyczasie pojawiło się też ostrzeżenie w postaci filmowej biografii Lecha Wałęsy, w której to flirt czarnego humoru z próbą spiżowej hagiografii po prostu się nie udał. Na szczęście Palkowski do spółki ze scenarzystą K. Rakiem zrobili film wzruszający, skrzący się pierwszorzędnym i nierzadko czarnym (!) humorem, do tego trzymający w napięciu i po prostu wiarygodny, o jednej z najbardziej nietuzinkowych postaci ostatniego półwiecza w Polsce. In minus papierowe kobiece postaci, ale jako chłopackie kino „Bogowie” bronią się doskonale.
5. Steven KnightLocke – zamknąć faceta w samochodzie i kazać mu jechać … niby prosty przepis na film („Pojedynek na szosie” Spielberga czy „Znikajacy punkt” Sarafiana), ale pozwolić mówić tylko jemu i zrobić z tego pasjonujący i trzymający w napięciu thriller … Knightowi ta sztuka się udała i to nie tylko dzięki precyzyjnie, przezeń, napisanemu scenariuszowi (inspirowany sztuką a potem filmem Kena Hughesa Mały światek Sammy Lee), ale dzięki, a może przede wszystkim, wybitnej roli Toma Hardy’ego oraz fantastycznym zdjęciom.
6. Wes AndersonGrand Budapest Hotel – po cudownie nostalgicznym filmie Moonrise Kingdom Anderson sięga do fantazmatu MittelEuropy i … rozgrywa go znów w formie stylowej, baśniowo-oniryczno-słodkiej błahostki, którą przed banałem chroni nie tylko gwiazdorska obsada.
7. John Maloof, Charlie SiskelSzukając Vivian Maier – w minionym roku wiele było pięknych, kinowych dokumentów: 20.00 Dni na Ziemi czy Punkówa, jednak to dokument Mallofa/Siskela zapadł mi najbardziej w pamięć … może dlatego, że to prosta historia, która pewnie zaginęłaby zupełnie, gdyby nie upór pewnego młodego człowieka, ale też szczery portret nas samych mądrych i utalentowanych ludzi, chowającyh się przed światem …
8. Andriej ZwiagincewLewiatan – przyznam, że ten film, mimo niezaprzeczalnych atutów, nieco mnie rozczarował dość tabloidową publicystyką, jakby chciał prosto w nos wykrzyczeć „Zachodowi” demonizm i niesprawiedliwość współczesnej Rosji. Po autorze Powrotu widz oczekuje czegoś więcej niż prostackiej antyputinowskiej agitki. Stąd najlepszym filmem ostatnich lat o „chorej” rosyjskiej duszy pozostaje Szczęście ty moje Siergieja Łożnicy.
9. Hans-Petter MolandObywatel roku – w ostatnich latach to Duńczycy na czele z Andersem Thomasem Jensenem wiedli prym w czarnych komediach. Moland pokazał, że źródełko nie wyschło, a wręcz bije nową energią, również w Norwegii. In plus role Stellana Skarsgaarda oraz wyrazisty epizod Bruno Ganza.
10. Władysław PasikowskiJack Strong – Pasikowski nie byłby sobą, gdyby nie włożył po raz wtóry kija w mrowisko. Tym razem, w przeciwieństwie do niezłego, ale jednak momentami pretensjonalnego Pokłosia, postawił na klasyczne kino gatunkowe, które niósł pojedynek na role Dorocińskiego i Bilowa.

Poza nowościami kinowymi, śladem lat minionych, dorzuciłbym kilka tytułów sprzed lat, które udało mi się odświeżyć/obejrzeć w mijającym roku.

W kolejności alfabetycznej:

Per Fly od zawsze był tym „mniej znanym” duńskim reżyserem, w pół kroku za reżyserami-sygnatariuszami manifestu Dogme 95 czy Susanne Bier, jednak zdecydowanie warta polecenia jest jego trylogia „klasowa” o duńskim społeczeństwiem „Baenken”/”Arven”/”Drabet”, z której najbardziej lśni Arven właśnie.

W ubiegłorocznym podsumowaniu zachwycałem się „teatrem telewizji” w reżyserii Romana Polańskiego. Jednak również, gdy za reżyserię weźmie się Giuseppe Tornatore, a Polański do spółki z Depardieu stanie „tylko” przed kamerą, pozostaje Czysta formalność filmowego geniuszu.

Wiadomość o śmierci Krzysztofa Krauze zaskoczyła nas wszystkich 24 grudnia, jednak chciałbym tutaj wspomnieć jego wczesny film Gry uliczne – nakręcony bez kompleksów polityczny thriller o zabójstwie Stanisława Pyjasa, ale przede wszystkim gorzkiej refleksji o „prawdziwych” zwycięzcach transformacji.

Chodząc na seminarium poświęcone biernej rewolucji oraz przemianach klasowych w polskim społeczeństwie dłuższą chwilę dyskutowaliśmy o obrazie „lat 80” już po stanie wojennym, który silnie zatarł się w zbiorowej świadomości. Na szczęście w kinie zachowało się kilka przekonujących obrazów „beznadziei” tamtego okresu – poleciłbym dwa filmy, które w doskonały sposób opisują beznadzieję, rozpacz i smutek tych „przemilczanych” lat 80.: Krzyk, Kobieta samotna oraz Chce mi się wyć.

Nie miałem szczęścia do twórczości Mike’a Leigh, którego przez lata, niesłusznie, ignorowałem, ale film Nadzy udowodnił jak się myliłem i od razu sięgnąłem po Sekrety i kłamstwa. Oba doskonałe.

Następny film to raczej do oglądania w samotności, a już na pewno bez kobiet. Rekonstrukcja, bo o niej mowa, nic nie straciła ze swojego artyzmu, a w „Bobi-bar”, dokąd Alex spóźnia się na spotkanie, dane mi było się zatrzymać na drinka.

Wariacji na temat Hamleta było wiele, ale opowiedzieć tę historię z punktu widzenia marginalnych bohaterów na scenie to wyzwanie, a zrobić z tego wciągające widowisko filmowe to już mistrzostwo. Stoppardowi w tym filmie się to udało.

Odświeżyłem też klasykę politycznego kina l. 70 z Syndykatem zbrodni na czele, ale dopiero audiofilska wariacja na temat Powiększenia w postaci Rozmowy Coppoli mnie powaliła.

Na koniec wspomnę jeszcze o frajdzie obcowania z 1 sezonem Wallandera na podstawie Mankella oraz kolejnej przygodzie z włoskimi kryminałami: Zeznania komisarza policji przed prokuratorem republiki oraz klasyką giallo czyli Profondo Rosso Dario Argento.

Oby kolejny filmowy rok byłby nie mniej zachwycający!

Kategorie:Podsumowania

a taki piękny filmowy (i nie tylko) koniec roku 2013

Popełnione już przeze mnie podsumowanie muzycznofilmowe minionego roku wymaga wspomnienia też o kilku filmach, które nie zmieściły się w pierwszej dziesiątce tamtej listy, ale mimo wszystko warte są uwagi, kilku wartych obejrzenia serialach, spektaklach czy książkach.

Z kinowych pozycji godnymi wyróżnienia z pewnością byłyby:

Kim Ki-duk za Piętę czyli drapieżny obraz dzikiego kapitalistycznego wyzysku kontrapunktowy quasi-religijnym moralitetem;

Woody Allen za bezczelną, choć na pozór grzeczną krytykę pokryzysowej sytuacji w USA w Blue Jasmine,

Asghar Farhadi za kolejne wyniesienie kameralnego rodzinnego dramatu na wyżyny filmowego artyzmu w Przeszłości,

Giuseppe Tornatore za wysmakowanego Konesera czy

Francois Ozon za Młodą i piękną, który w mistrzowski sposób obnaża słabość filmu Szumowskiej Sponsoring. Tam gdzie Szumowska wpuszcza w pole badacza, by ten przeanalizował obiekt, to u Ozona widz staje się obiektem, nie ma badacza, nie ma niewinnego obserwatora, jest młoda, piękna i znająca swoją wartość, która uprawiając teatr ciała obnaża hipokryzję pokolenia swoich rodziców/klientów, którą każdy chciałby być, choćby w świecie niekoniecznie niewinnych fantazji. Świetny choć mocno niedoceniony film mijającego roku!

Nie udało mi się obejrzeć jak dotąd: Chce się żyć, Papuszy oraz Płynących wieżowców, a więc filmów niewątpliwie wartościowych i pięknych,które jednak nie zachęciły mnie do pójścia … w styczniu może umożliwi mi to przegląd przed nominacjami do Orłów w Iluzjonie, ale zmian w podsumowaniach już nie przewiduję;-)

Jeżeli w 2012 r. lejtmotivem filmowym było kino czeskie (czechosłowackie) z komediami Oldricha Lipskego, to w 2013 r. zdecydowanie rządził Anders Thomas Jensen przede wszystkim jako doskonały scenarzysta filmów Susanne Bier, ale też jako sprawny reżyser czarnych komedii: Błyskające światła czy Jabłka Adama.

W ramach systemowych powtórek udało mi się kompleksowo odświeżyć Dekalog Krzysztofa Kieślowskiego i przyznam, że po latach cyklowi mocno ciąży schyłkowy okres PRL, który jednakże w pewnych częściach (V) wzmacnia okrutny wymiar „bezduszności” tamtego systemu. Najlepsze części cyklu (V, VII, VIII i X) wciąż błyszczą niesamowicie precyzyjną reżyserią, świetnym scenariuszem i aktorską dyscypliną.

Trzeci motywem przewodnim minionego roku była niewątpliwie kolekcja Polskiej Szkoły Dokumentu. Z tej serii najbardziej utkwiły mi filmy Marcela Łozińskiego, na czele z fenomenalnym 89mm od Europy czy Wszystko się może przytrafić. Prócz „mojego przyjaciela Marcela”, jak mawiała moja koleżanka, dobrze zapamiętałem świetne dokumenty Jacka Bławuta, Marii Zmarz-Koczanowicz czy Władysława Ślesickiego. Z pewnością przygoda z filmami dokumentalnymi nie jest zakończona, a wręcz otwarta.

A co z klasyką? Wprawdzie nie było tego wiele, ale swoją chwilę miały też filmy innych duńskich reżyserów (w tym spod znaku Dogmy), jak Praga Ole Christiana Madsena ze świetną rolą Madsa Mikkelsena, Nie ma tego złego Mikkela Munch-Fallsa czy wspominana już wcześniej Uroczystość Vinterberga. Swoje przebłyski miało kino polskie: Janusz Morgenstern z filmem Jutro premiera i piękną piosenką w wykonaniu Kaliny Jędrusik czy Andrzej Wajda z klasycznymi Pannami z Wilka, w którym już dawno wyważono homoseksualne drzwi w polskim kinie. Na koniec nieomalże swoją (przewidywalną!) perwersyjnością zwalił z nóg Nocny portier.

W ramach Warszawskiego Festiwalu Filmowego prócz oczywistego i omówionego już finału z Wenus w futrze to jednak błyszczały dwie świetne, skrzące się doskonałym humorem czarne komedie: węgierska Niebiańska zmiana inspirowana tyleż tarantinowskim kinem, co polskimi łowcami skór oraz rosyjski Geograf przepił globus ze świetną sekwencją spływu tratwami, której nie powstydziłby się John Boorman w Uwolnieniu.

Spośród seriali mimo wszystko lekko rozczarowała trzecia odsłona Forbrydelsen, choć trzeci sezon Borgen zachwycił. Przyjemnie zaskoczył Most nad Sundem, nie zawiódł trzeci sezon Homeland, choć widać było, że scenarzyści dość grubymi nićmi usiłowali zszyć fabułę. Niewątpliwie, mimo świetnego pierwszego sezonu, to całościowo rozczarowały Girls.
Trochę przekornie serialowy laur należy się mimo wszystko Agnieszce Holland za miniserial o Janie Palachu Gorejący krzew.

Teatralnie nadrabiałem zaległości z Jarzyny (Uroczystość, 4:48 Psychosis) i Warlikowskiego (Koniec, [A]pollonia czy Anioły w Ameryce), ale spektaklami które mnie najbardziej poruszyły były Wiarołomni wg Bergmana w TR Warszawa i Skąpiec z Teatru Polskiego w Bydgoszczy.

Książkowo szału wielkiego nie było, o książce Joanny Bator Ciemno, prawie noc zdążyłem się wypyszczyć, to jednak wydarzeniem roku będzie dla mnie odświeżenie (tym razem w oryginale) cudownego i ukochanego „Maga” Johna Fowlesa.

Niewątpliwie sporo się w tym światku artystycznym w minionym roku działo …

Kategorie:Podsumowania